Historia restauracji

Restauracja Ewa Zaprasza swoje początki datuje na lato 1987 roku. Początkowo był to mały, sezonowy bar serwujący przede wszystkim zapiekanki, pizzę, kiełbaski z grilla itp. Równolegle z barem rodzice prowadzili ogrodnictwo, a dochody z gastronomii pozwalały doinwestować coraz gorzej prosperujący interes. Początkowo bar miał jedynie trzy stoliki i mieścił się w całości na naszej werandzie. Później dostawiliśmy dodatkowe stoliki w ogrodzie. Po dwóch latach działalności, by uchronić się od kaprysów pogody w ogrodzie wybudowaliśmy altankę ogrodową mieszcząca cztery małe stoliki, w 1991 mogliśmy się już pochwalić trzydziestoma miejscami. Chociaż na początku w naszej ofercie znajdowały się głównie potrawy barowe, to już wtedy stawialiśmy na jakość. W momencie gdy kraj zalały przygotowywane z mrożonek pizzę i zapiekanki , "U Ewy" wszystkie potrawy wykonywaliśmy od początku, do końca we własnym zakresie.

Przełomowym momentem w historii restauracji był rok 1993. Wtedy to w styczniu pękł piec ogrzewający ogrodnictwo. W ciągu jednej nocy wymarzła cała uprawa kwiatów (wraz z cebulami do przyszłorocznych upraw)  i zostaliśmy bez środków do życia. Po rodzinnej naradzie rodzice postanowili postawić na gastronomię. Z pokoi dotychczas zajmowanych przez rodziców stworzyliśmy salę restauracyjną a działalność rozszerzyliśmy na cały rok. Co najważniejsze pokoje zachowały swój domowy charakter, co do dziś podkreślają klienci i recenzenci:

"Gdy wejdzie się do niej, pierwszym odruchem jest... chęć wyjścia z obawy, że przez nieuwagę trafiło się do mieszkania właścicieli. Dwa niewielkie pokoje, w rogu regał z książkami, starą maszyną do pisania i kilkoma bibelotami oraz kominek."

Sukces

Restauracja na początku opierała się wyłącznie na obsłudze rodzinnej. W pierwszym roku na cały personel składała się tylko najbliższa rodzina – moi rodzice – Ewa i Marcin, dwie siostry: Kaśka (wówczas czternastoletnia), Gośka (o rok młodsza od siostry) i ja - Łukasz (wtedy dziewięcioletni). W następnych latach, gdy ruch się zwiększył, personel powiększył się o mojego kuzyna - Pawła Dmochowskiego, a następnie o Wojtka Knapińskiego - przyszłego szwagra. Gdy zasoby rodzinne zaczęły się wyczerpywać do ekipy zaczęli się przyłączać bliżsi a potem dalsi znajomi, potem znajomi znajomych. W 1995 roku do ekipy dołączyli Czarek i Hania. Czarek przez następne 15 lat był szefem sali. Hania początkowo pracowała na zmywaku, potem na surówkach. Tempo rozwoju kariery jednak jej najwyraźniej nie odpowiadało i postanowiła znaleźć szybszą ścieżkę. Wykorzystując swe wdzięki omamiła mnie i tak oto dzisiaj jest szefową kuchni i współwłaścicielką restauracji ;-)

Początkowo większość klientów stanowiła rodzina i bliscy znajomi. Wszystko to stanowiło o niepowtarzalnym klimacie lokalu, jako miejsca, gdzie wszyscy się szanują, rozumieją i po prostu lubią. Wszyscy czuli się tu jak u siebie, nowi klienci szybko się aklimatyzowali i zaprzyjaźniali z lokalem. Wieczorami siadaliśmy przy ognisku by przy piwie i kiełbaskach pośpiewać i potańczyć (nie ma to jak integracja z klientami ;-).

Kolejne lata przynosiły coraz większe zainteresowanie restauracją. Dotychczasowa sala restauracyjna zrobiła się zbyt ciasna, poszerzyliśmy więc ją o kolejny pokój, rodzice przeprowadzili się zaś do przebudowanego garażu. Następnie ja musiałem zrezygnować z reszty swojego pokoju na rzecz poszerzenia zaplecza barowego.

Po każdym sezonie znaczną część zarobionych pieniędzy przeznaczaliśmy na inwestycje w zaplecze kuchenne, dzięki czemu mimo zwiększania liczby miejsc udało się nam zachować sprawność obsługi. W menu zaczęły się zaś pojawiać coraz ciekawsze potrawy. Niestety by wprowadzić do menu coś nowego coś trzeba było z menu usunąć - zawsze ku rozpaczy części stałych gości.

Menu zawsze staraliśmy się układać tak, by każdy znalazł coś dla siebie. Mamy osobne menu dla dzieci (naleśniki, nuggetsy, sphagetti) i dla wegetarian (m.in. grillowany camebert czy tarta z porami i kozim serem). Są potrawy tańsze (np. sznycel z piersi) jak i zdecydowanie droższe (polędwica po angielsku czy kotleciki jagnięce z kostką).

Do naszych stałych bestsellerów na pewno należą: polędwica po angielsku, pieczona pierś z kaczki, golonka, zupa borowikowa i sławetne śledzie w majonezie - podawane jako gratisowe czekadełko.

W 2001 roku z już wówczas narzeczoną postanowiliśmy wyjechać na rok do Londynu by podpatrzeć działające tam firmy cateringowe. Hania pracowała w kawiarni a ja w kilku restauracjach i agencjach cateringowych. Po powrocie, zarobione pieniądze zainwestowaliśmy w nasz mały projekt – firmę cateringową Ez Catering.

Początkowo planowaliśmy zajmować się głównie obsługą małych imprez rodzinnych – jak zwykle życie dość szybko zweryfikowało nasze plany. Już pierwsza impreza była wigilią dla firmy Polipack i to nie taką małą, bo na 60 osób. Co ciekawe od 2002 roku organizujemy ją rokrocznie, w tym roku po raz trzynasty.

Pomysł z cateringiem okazał się strzałem w dziesiątkę. Pozwalał utrzymać się poza sezonem – zarówno nam jaki pracownikom i inwestować w nowe technologie – kuchnia i personel obu firm były bowiem wspólne. Catering zaczął stanowić coraz większą część dochodów, by ostatecznie stać się równie ważną częścią rodzinnego interesu. Robiliśmy coraz więcej i coraz większych i bardziej prestiżowych imprez. Dotychczas niepobitym rekordem jeśli chodzi o wielkość jest piknik dla Uniwersytetu Gdańskiego na 4500 osób.

Po drodze było kilka imprez, które były kamieniami milowymi w rozwoju firmy. Organizującw 2006 roku  Bal Kasztanowy na 300 osób w Filharmonii Gdańskiej pierwszy raz używaliśmy pieca konwekcyjno-parowego (wtedy jeszcze pożyczonego). Przy 5-leciu firmy Lotos (600 osób) kupiliśmy całkowicie nową zastawę serwisową i weszliśmy na salony – były to nasza pierwsza tak prestiżowa impreza. Tutaj podziękowania należą się agencji NewEvents z Gdyni, która zaufała, że mała, wiejska restauracja będzie w stanie przygotować tak skomplikowaną i ważną imprezę. Potem była 5-dniowa międzynarodowa, konferencja wirusologiczna na 500 osób – na dodatek w środku sezonu – chyba do dzisiaj nasze najtrudniejsze i najcięższe zlecenie (ale i satysfakcjonujące – podziękowanie do wglądu w dziale referencji). W międzyczasie cała seria imprez integracyjnych dla firmy Eaton w Tczewie (po 1500 osób) i innych stałych klientów - Ford Euro-Car, wspomniany wcześniej Polipack, bank Nordea, Thomson Reuters, Microsoft, Polpharma, Trefl, Norwood, Invest Komfort i wiele, wiele innych. W 2012 roku mieliśmy też przyjemność zorganizować catering poza granicami Polski i to od razu w Ambasadzie RP w Kopenhadze (bankiet na 300 osób). Obecnie organizujemy ponad 100 imprez rocznie, głównie powyżej 50 osób.

Osobnym rozdziałem jest współpraca z Cegielnią w Rzucewie – od 2009 roku przygotowujemy tam bardzo eleganckie i wytworne wesela w tym dla celebrytów (m.in. Dorota Szelągowska i Adam Sztaba). Naszym drugim stałym miejscem jest sala bankietowa BartArt w Gościcinie (wesela i mniejsze imprezy okolicznościowe do 100 osób) – więcej w zakładce Partnerzy.

W 2010 roku rodzice postanowili nieco odpocząć i przekazali nam stery restauracji i tym samym firma cateringowa i restauracja się połączyły. Tata cały czas pracuje z nami a mama ze względów zdrowotnych ogranicza się do okazjonalnej acz cennej pomocy. Postawiliśmy sobie za cel, by zmiana przebiegła jak najbardziej płynnie i chyba się to nam udało – część klientów nawet się nie zorientowała, że na wizytówce zmieniły się imiona ;-). Mamy nadzieję, że wprowadzane przez nas zmiany są dobrze odbierane przez gości, wiemy bowiem, że z jednej strony nie można stać w miejscu, z drugiej zaś zdecydowanie nie chcemy się odcinać od naszych korzeni.

W tej chwili w restauracji na stałe pracuje 6 osób plus kilka dodatkowych sezonowo. Szefową kuchni jest Hanna Dmochowska a jej zastępczynią Katarzyna Dmochowska. W kuchni do stałej ekipy należą jeszcze Magda Krzemińska i Magda Kropidłowska. Na sali rządzi Wojciech Labuda – wspomaga go prężna ekipa kelnerów – m.in. Arek, Paweł, Szymon, Maciek. Wszystko to pod czujnym okiem mojego taty – Marcina Dmochowskiego.

Rok 2014 był dla naszej restauracji niezwykle owocny. Otrzymaliśmy wyróżnienie Best Of Award Of Excellence - dwa widelce w rankingu Poland Best 100 Restaurants. Przez cały rok utrzymywaliśmy się w pierwszej szóstce ogólnopolskiego rankingu TOP10 portalu gastronauci.pl, tworzonego na podstawie opinii klientów spośród 25 000 restauracji w Polsce (obecnie ze względu na przejęcie portalu przez firmę Zamato ranking przestał funkcjonować). Znaleźliśmy się także w prestiżowym, międzynarodowym przewodniku Gault&Milleau – otrzymaliśmy 11 punktów i 1 czapkę. Nasza restauracja znalazła się też w pierwszej edycji przewodnika Magdy Gessler "101 najlepszych restauracji i hoteli w Polsce - przewodnik 2014/2015" Otrzymaliśmy w nim wyróżnienie oznaczone jedną poziomką. Piękne lato sprawiło, że sezon w restauracji był niezwykle pracowity a i obroty w cateringu należały do rekordowych.

Również w roku 2015 nie próżnowaliśmy. Ponownie sezon był bardzo udany, zarówno w restauracji jak i w cateringu. Utrzymaliśmy swoją pozycję w przewodniku Gault&Milleau, znaleźliśmy się też w przewodniku Magdy Gessler. Po zniknięciu gastronautów coraz większego znaczenia w Polsce nabierał międzynarodowy serwis TripAdvisor ze swoim własnym rankingiem tworzonym na podstawie recenzji użytkowników. Przez chwilę udało się nam nawet być na jego pierwszej pozycji dla województwa pomorskiego. Niestety w serwisie tym równie ważna jak jakość recenzji jest ich stale rosnąca liczba więc gdy w grudniu tradycyjnie zamknęliśmy restaurację automatycznie wypadliśmy z pierwszej dziesiątki.

Końcówka roku 2015 przyniosła nam spore zmiany. Uznaliśmy, że po 23 latach czas najwyższy gruntownie odświeżyć wnętrza restauracji – dotychczasowe wyposażenie mocno się już zużyło, krzesła zaczęły pękać pod gośćmi a i reszta mebli nie spełniała już dzisiejszych standardów. Do projektu wnętrza zaangażowaliśmy firmę StudioLoko z Sopotu i w ciągu miesiąca zrobiliśmy generalny remont sali, toalet oraz werandy. Wnętrze jest teraz może nieco chłodniejsze ale za to zdecydowanie jaśniejsze i optycznie bardziej przestronne. Mamy nowe, dębowe stoły, nowe krzesła, bar, bibliotekę, regał na wina, wykładziny, lampy, kanapę i fotel na werandzie – jednym słowem niemal wszystko. Na ścianach pojawiły się zdjęcia mojego dziadka Edmunda Peplińskiego oraz naszego byłego kelnera – Piotra Kanigowskiego.

Niektórzy, bardzo stali klienci na początku kręcili trochę nosem ale teraz już chyba wszyscy się przyzwyczailiśmy do nowego wnętrza i chyba niemal wszyscy oceniają zmiany pozytywnie. Może nawet kiedyś przyzwyczaimy się do nowego, niezbyt praktycznego baru ;-).

Poniżej kilka zdjęć nowych wnętrz.

Łukasz Dmochowski